Kręgle Fińskie

„Między piekłem a niebem. Historia jednego dnia…”

To opowiadanie pt. „Między piekłem a niebem. Historia jednego dnia…” dotyczy mojego występu w grze podwójnej w Halowych Mistrzostwach Polski w Mölkky w Puszczykowie w 2025 roku. Obiecałem Wam niespodziankę i słowa dotrzymuję. W tym opowiadaniu na moim blogu, zawarta jest cała historia, relacja, dramaturgia, doznawane wrażenia, kalkulacje, ciekawostki, a nawet układy kręgli na placu boju, od pierwszego meczu w tych mistrzostwach do … no tu już musicie doczytać. Oprócz tego nieraz się będziemy cofać tak w przeszłość, jak i w przyszłość. Pokazane jest tu, jak wygląda ten sport od kuchni, zobaczycie czym się to je. Ja doskonale sobie zdaję sprawę, że znakomita część z Was nigdy nawet nie dotknie zbijaka (no, może poza wałkiem do ciasta – bo to, to samo), a co dopiero zagra w tę grę. A może…

Na tym portalu było wielu, którzy przez lata trzymali za mnie kciuki, dopingowali mi. Jest grupa kolegów i koleżanek z mojej szkoły podstawowej, jeszcze większa grupa przyjaciół z tenisa stołowego (nie ma znaczenia, czy zawodowego, czy amatorskiego), który kiedyś uprawiałem, nie pomijając zawodników mölkkowych, no i wielu mi przychylnych osób, łącznie z tymi oczywiście, od których otrzymywałem SMS-y po turniejach. Nie pomijam nikogo. Właśnie to pod Was zostało napisane to opowiadanie! Odwdzięczam się, teraz poczujcie się jakbyście byli zawodowymi zawodnikami kręgli fińskich, a na dodatek do tej gry nie musicie wychodzić z domu, jechać daleko, kwaterować się, by ostatecznie stać na placu kilka godzin, nieraz w deszczu, przy wietrze, czy ostrym słońcu. Normalnie żadnego wysiłku. No to zobaczcie, jak to wyglądało wtedy, bo nie zawsze było wesoło, nieraz się jechało z płaczem do domu. Rozłóżcie sobie to opowiadanie na kilka wieczorów i usiądźcie w wygodnym fotelu, bo materiału jest sporo. Kręgle fińskie to niszowa dyscyplina, to po przeczytaniu, dla Was już teraz będzie wyżowa dyscyplina. No to, do lektury!

    wpis autora opowiadania na fB

Trochę o teorii

Cienka granica

Między piekłem a niebem „zionie ogromna przepaść, tak że nikt, choćby chciał, stąd do was przejść nie może ani stamtąd do nas się przedostać” – Łk 16, 26. Tak jest napisane w Biblii, … ale kręglach fińskich tak nie jest. W kręglach fińskich jest cienka granica i można z piekła wyrwać się do nieba! A czy tak jest naprawdę to przeczytajcie „Historię jednego dnia” w grach podwójnych na Halowych Mistrzostwach Polski w Mölkky…

Jest rok 2025, 18 lutego. Zakwaterowanie na skraju parku i lasu, w sportowym hotelu pod nazwą „Sportoteka” w Puszczykowie k. Poznania, gdzie dysponują domkami z czterema żelaznymi łóżkami (w tym jedno piętrowe). Sama „Sportoteka” była bardzo, ale to bardzo dobrym zakwaterowaniem na zawodach TOP-16, ponieważ do bulodromu od domków jest tylko … 50 metrów. Dzisiaj tak nie jest, bo rozgrywki są w dalej, ale kwaterunek ten sam. No i co nie jest bez znaczenia, obok w restauracji robią bodaj najlepszą pizzę owocowo-warzywną w Polsce!

Poranek w Sportotece

Drugi dzień – gry podwójne. W pierwszym dniu w grze pojedynczej wywalczyłem brązowy medal (to temat na inną opowieść – ten mecz o brąz można zobaczyć na YouTube tutaj), ale dzisiaj już o tym nie pamiętam, jest nowy dzień, nowa historia, zresztą kto by to teraz rozpamiętywał. Gram wspólnie z Markiem Rogalskim z Warszawy z klubu Dwunastka, dlatego nasza nazwa drużyny w tych zawodach to „Dwunastka Zbijaki”. Marek Rogalski to doskonały zawodnik, znamy się jeszcze z Ligi Bielskiej, na którą z daleka przyjeżdżał do Bielska-Białej. W rankingu jest na trzynastym miejscu, ja na ósmym. Gra się nam wspólnie rewelacyjnie, na ostatnich otwartych mistrzostwach Polski zajęliśmy szóste miejsce, znamy swoją wartość, nie wypadliśmy sroce spod ogona…

Dla niewtajemniczonych

Kilka uwag organizacyjnych. W tych mistrzostwach wystąpi 49 debli z całej Polski i z Zagranicy. Dlatego stworzono siedem grup po siedem zespołów (gra się tam dwa sety). Z każdych grup wychodzą bezpośrednio cztery najlepsze zespoły i cztery drużyny z piątych miejsc, z najlepszym dorobkiem. Dalej gra się już tylko pucharowo do dwóch wygranych setów (w finale do trzech). Razem z Markiem z powodu wysokich miejsc w polskim rankingu mölkky byliśmy rozlosowywani z pierwszego koszyka (koszyków było cztery). Jesteśmy w ostatniej grupie z literą „G” – niezły prognostyk. Trafiliśmy kolejno na takie zespoły, licząc od góry według ważności rozlosowywania, jak Załysieni Szczecin, Zbijaki, Oziębłe Cholewy, Batorego TEAM, Puszczyki MM i Festiwal Folkowisko. A w ogóle na te zawody przyjechali wszyscy najlepsi zawodnicy w Polsce, nie wiem, kogo by miało brakować, nikogo. Tutaj każdy już umie grać, są medaliści Grand Prix Polski łącznie z medalistami mistrzostw Polski i Europy, a niektóre pary deblowe są specjalnie dobrane.

Zawody są przeprowadzone w przestronnej hali sportowej na kortach dywanowych. Jest to bardzo dobra nawierzchnia, zbijaki nie odbijają się na niej wysoko jak na mączce ceglanej i pyłu w butach po meczu nie ma. Czy jest różnica pomiędzy grą w hali, a na otwartym terenie? Jest. Przede wszystkim nie leje na głowę i nie ma wiatrów. W hali łatwiej jest pokusić się na daleki rzut, ponieważ podłoże jest jednolite, większa kontrola nad zbijakiem, który odbija się kilka krotnie o nawierzchnię. W hali kręgle mają tendencję do grupowania się po przeciwległych rogach na 10 metrze oraz blisko band. Spowodowane to jest przede wszystkim samymi bandami. Może dojść do sytuacji, że w końcówce seta będziemy rzucać w grupę kręgli i liczyć przewrócone oczka, a gdy jedna bądź druga drużyna spadnie dwa razy, nie będzie to nic niezwykłego.

No i jeszcze jedno dla niewtajemniczonych, to najważniejsze, zasady gry w kręgle fińskie. Krótko. Jest dwanaście ponumerowanych kręgli od 1 do 12. Za każdy zbity pojedynczy kręgiel dostaje się tyle punktów, ile pisze na kręglu. Za zbicie więcej niż jednego kręgla dostajemy tyle punktów, ile kręgli przewróciliśmy. Kręgle tylko na początku ustawiamy na środku w kupie w odległości 3,5 metra od strefy rzutu. Po ich zbiciu stawia się je tam, gdzie poleciały. Gra się naprzemiennie do 50 punktów, jeżeli byśmy przekroczyli tę liczbę spadamy do 25 punktów, ale gramy dalej. Jeśli 3 razy z rzędu w secie nie trafimy w kręgle zostajemy zdyskwalifikowani (w secie). Losowanie, kto pierwszy zaczyna seta następuje z reguły za pomocą rzutu zbijakiem. Koniec zbijaka wskaże zaczynającego. Zaczynający zawsze jest uprzywilejowanym. Rozpoczęcie, rozbicie kręgli to atut w tym sporcie. Ten, kto zaczyna zawsze jest o jedno tempo szybszy, o jeden rzut bliżej do upragnionej liczby 50 punktów. Boisko, na którym się gra jest zazwyczaj o wymiarach 4×10 metrów. Jeśli gry są prowadzone w hali to boiska z reguły posiadają bandy z lewej i prawej strony (zwykłe drewniane deski). Każde zawody składają się z gier grupowych, w których gra się tylko dwa sety, a później meczów pucharowych do dwóch wygranych setów. Jeżeli by był remis w setach, trzeciego seta zaczyna drużyna, która ma więcej zgromadzonych małych punktów. Jeżeli i tu by był remis zostaje przeprowadzona dogrywka. Gra jest prosta jak konstrukcja cepa, chociaż w rzeczywistości ten cep już nie jest taki prosty.

Leworęczność, atut czy nie?

No i na koniec tego rozdziału jako bonus można przytoczyć pewne zjawisko. Ale to tylko dla niewtajemniczonych. Czy w dyscyplinie, jaką są kręgle fińskie leworęczność, to jest atut czy nie? W grze podwójnej, to jest atut. Zacznijmy od początku. Wpierw gra pojedyncza. Kilka przykładów, np. w judo leworęczny jest ciut szybszy od praworęcznego, w tenisie stołowym nierzadko zawodnik praworęczny jak ma grać z leworęcznym dostaje sraczki, bo jak ma być inaczej, skoro całe życie gra z praworęcznymi, a tu mu przychodzi leworęczny i dostaje od niego z każdej strony inne rotacje. W kręglach fińskich już to takiego znaczenia nie ma, ponieważ kręgle to nie jest sport kontaktowy, chociaż słyszałem od kilku zawodników grających w mölkky, którzy mi mówili, że im się trudniej ze mną gra, bo jestem leworęczny.

No, a teraz gra podwójna. Tu wszystko jest zwielokrotnione, np. w tenisie stołowym ma to kolosalne znaczenie, ponieważ obydwaj zawodnicy leworęczny i praworęczny obskakują cały stół swoimi forhendami. Przykłady: Niemcy Jörg Roßkopf (leworęczny) i Steffen Fetzner – mistrzowie świata i srebrni medaliści olimpijscy w grze podwójnej; Serb Ilija Lupulesku i Chorwat Zoran Primorac – srebrni medaliści mistrzostw świata i Olimpiady. Leworęczny Lupulescu nie był zawodnikiem tej miary co Primorac, ale w grze podwójnej wraz z Primorakiem stworzył światowy debel. Właściwie on miał medale tylko w deblu.

No, a w kręglach fińskich w grze podwójnej? Ja jestem zawodnikiem leworęcznym, mój partner z gry podwójnej gra prawą ręką. To wiadomo, że jak mamy do wzięcia dwa kręgle zasłonięte jeden z lewej drugi z prawej strony, to ja wezmę na lewą rękę ten łatwiejszy dla mnie kręgiel, a kolega zbije ten łatwiejszy dla siebie prawą ręką. Jeżeli dodamy do tego, że ja będę brał kręgle dystansowe, rzucając podchwytem, a kolega te krótsze, wyłuskując nachwytem (zbijak ma wtedy odwrotną rotację), w których czuje się dobrze, to już w tych zagraniach mamy przewagę. No i kilka razy to wykorzystywaliśmy podczas tych mistrzostw…

Przed zawodami wspólne zdjęcie. Zawodnicy mölkkowi to jedna wielka rodzina.

Zaczynamy meczami w grupie

Z reguły każde zwody rozpoczynają się o godzinie 10.00. Jeżeli ktoś przyjdzie na godzinę wcześniej, to może godzinę potrenować przed zawodami. Jeżeli przyjdzie półgodziny wcześniej, to będzie miał pół godziny treningu, a może w ogóle nie trenować i też się nic nie stanie. Jeszcze przed zawodami każdy z uczestników po podpisaniu się dostaje tzw. pakiet, w którym są pamiątki, słodycze i obowiązkowo woda do picia. Niekiedy wielkie baniaki z wodą stoją przy boksie organizacyjnym. Organizatorzy zapewniają kręgle i zbijaki, które są przypisane i ponumerowane do każdego boiska. Tylko na Grand Prix-ach można grać swoimi zbijakami. Każde zawody dzielą się na rozgrywki grupowe, a po nich mecze pucharowe – tzw. play-offy. Na 15 minut przed zawodami następuje krótka odprawa, gdzie jest przywitanie zawodników, a następnie są omawiane sprawy regulaminowe oraz zasady gry. Każdy z uczestników bądź drużyn dostaje rozpiskę na kartce (a raczej na malutkiej karteczce), w której są wydzielone kolejno: numer boiska, godzina meczu i przeciwnik. Z reguły mecz twa ok. 15 minut, ale w rozpisce jest na to przeznaczone pół godziny. Mimo to z różnych przyczyn zdarzają się niekiedy opóźnienia, albo inaczej, organizatorzy już z początku są opóźnieni. Wszystko. No to do boju…

Nic się nie stało

Nasze mistrzostwa rozpoczęły się o godzinie 9.30. My według rozpiski (karteczka o wymiarach 6×10 cm) gramy o 10.00. Zaczynamy gry pełni optymizmu, z przekonaniem, że w grupie wywalczymy pierwsze miejsce, a jak by się coś nie powiodło, to minimum drugie. Trzeba sobie stawiać wysoko poprzeczkę. Pierwszy mecz gramy z zespołem rozlosowanym w grupie jako ostatni, a mianowicie „Festiwal Folkowisko” (Michał Przyborowski i Piotr Brzeźny) z Bielska-Białej. Obydwaj to byli zawodnicy mojego klubu ŚKKF Zbijaki. Pierwszy wywalczył w 2023 na HME w Pucharze Narodów brązowy medal z drugą drużyną Polski, a drugi osiąga w swojej karierze chyba najlepsze wyniki. Czyli przeciwnicy grać umieją. Mecz zaczynamy moim rozbiciem. Nie trafiam zbijakiem w 12 sztuk kręgli, zbijak przeleciał powyżej. Była to moja druga taka pomyłka przy rozbiciu w życiu. Ktoś z boku, mógłby powiedzieć: „Chłopie, nawet ślepy by w tę kupę trafił”. I miałby rację. Tylko że nie o samo trafienie tu chodzi, a mocne rozbicie tych kręgli tak, by później przeciwnik nie uzbierał nawet ośmiu oczek, pod warunkiem, że coś tam wysokiego pojedynczego nie wyskoczy. No to fatalnie wchodzimy w ten mecz. Pierwszego seta przegrywamy do 40! Zdziwienie. W drugim secie kończymy ryzykownym rzutem (musieliśmy) na dziewiąty metr za 11 punktów i teraz to my wygrywamy do 40. Gdybyśmy spudłowali rywale „zabili” by nas łatwą „dziesiątką”. Czyli ledwo co wyszarpaliśmy ten jeden set, bo ten mecz był przegrany przez nas 0:2. Jak się później okaże, właśnie ten set był dla nas kluczowy.

Z nieodżałowanym partnerem w grze podwójnej Markiem Rogalskim. Wspólnie stworzyliśmy jeden z najlepszych duetów w Polsce.

W drugim meczu gramy przeciwko parze „Puszczyki MM” z Puszczykowa (Monika Skoracka i Maria Michałowska). Monika Skoracka to doświadczona zawodniczka, jeździ na wszystkie turnieje, za kilka miesięcy będzie w półfinale Grand Prix Polski w Bojanowie. Nigdy nie zapomnę tej zawodniczki. W 2022 roku podczas MP w Suszu (to była pierwsza moja wielka impreza, nikogo nie znałem i nikt mnie nie znał), podeszła do mnie drugiego dnia po deblach i zapytała ni stąd, ni zowąd, jak oceniam swoją grę tutaj? Ja jej wtedy odpowiedziałem krótko: „Dziadowsko!”. Nie wiem, dlaczego tak odpowiedziałem, może dlatego, że pierwszego dnia w grach pojedynczych byłem już o krok od półfinału w decydującym secie, grając w 1/4, ale nie udało się. Przy okazji zostaliśmy przyjaciółmi w tym mölkkowym światku. Natomiast druga pani z niejednego pieca chleb jadła i na nie jednych większych zawodach była medalistką. Pierwszego seta przy naszym rozbiciu wygrywamy standardowo do 23, ale już drugiego seta przy rozbiciu rywalek, przegrywamy do 44. Panie pokazały pazur. No i zamiast dwóch wygranych meczów i 4 setów, mamy dwa remisy i tylko 2 wygrane sety. Niby nic się nie stało, takie są kręgle, jedziemy dalej – tak to sobie tłumaczymy.

W trzecim meczu gramy z młodymi synkami Mateuszem Szwedkiem i Miłoszem Grzybem z Poznania, nie mają nawet 18 lat, ale są bardzo ambitni i grają mocno do przodu. Szczególnie Mateusz Szwedek, który pod koniec roku będzie już czwartym juniorem w Polsce, a w seniorach w czwartej dziesiątce w rankingu. Występują pod swojsko brzmiącą nazwą „Batorego TEAM”. Kiedyś grałem z pewnym małżeństwem o tej samej nazwie i taki uradowany spytałem się ich: „Wyście są z Chorzowa?!”. A oni na to: „Nie, myśmy są z Poznania”. Nazwa pochodziła z nowo wybudowanego osiedla Stefana Batorego w tym mieście. Zapytałem, ponieważ w Chorzowie jest dzielnica pod nazwą Chorzów-Batory, w której się wychowałem. W tej dzielnicy jest stacja kolejowa, przez którą biegną wszystkie najważniejsze trakty kolejowe w Polsce. Pod tym względem stacja Chorzów-Batory jest o wiele ważniejsza niż stacja Chorzów-Miasto, przez które biegnie tylko linia kolejowa do Tarnowskich Gór. No, ale nie o węzłach kolejowych jest to opowiadanie, wracamy do kręgli. W pierwszym secie przełamujemy młodzież przy ich rozbiciu i wygrywamy 50:44. W drugim secie przy naszym rozbiciu wygrywamy już łatwo do … 13. Chłopcy zagrali bardzo odważnie, nawet za odważnie, brakowało im doświadczenia. Na pewno w przyszłości będą dobrym zawodnikami, jeśli będą trenować ten sport.

Wspólne zdjęcie z Radkiem Loudą z Czech (sędzią finału gry podwójnej). To prorocze zdjęcie, zostało wykonane pierwszego dnia na początku mistrzostw. Za nami jest Kryspin Berczyński. Ja i Kryspin jeszcze nie wiemy, że w tym dniu staniemy na podium w grze pojedynczej. W zielonej koszulce siedzi młody zawodnik Mateusz Walasik, za osiem miesięcy zostanie mistrzem Polski.

Przy okazji można zapytać, czy wynik 50:13 jest wynikiem wysokim? Tak, to bardzo wysoki wynik, raczej rzadko spotykany na turniejach. Jednak na jednych indywidualnych zawodach (międzynarodowych) przytrafił się w mojej grupie wynik … 50:2! Wpierw wydawało mi się, że to błąd komputera, ale później zawodnicy mi to potwierdzili. Jak oni to wykręcili? Z początku pomyślałem, że to może być jednostkowy taki wynik, że dróg dojścia do takiego wyniku to rzecz kilku bądź góra kilkunastu wariantów. Jednak okazuje się, żeby osiągnąć taki wynik (obojętnie, kto zaczynał) potrzeba grubo ponad trzy tysiące kombinacji. Ktoś powiedział, że gra w kręgle fińskie to jak gra w szachy, i miał rację. No, ale nie z matematyki są „przepytywani” zawodnicy w kręglach fińskich na boisku, a przede wszystkim z fizyki. Jedziemy dalej.

Jest godzina 11.10, do następnego meczu mamy jeszcze 20 minut. W przerwie w antresoli hali zaczepiła mnie Anna Kołeczek-Szyszło i spytała: „Jak ci idzie?”. Odpowiedziałem: „Jak po grudzie!”. Już nie chciałem w dosadniejszym słowach opisywać naszą grę, by się bardziej nie pogrążać. Spytałem: „A tobie jak idzie?”, odpowiedź brzmiała: „Same zwycięstwa!”. Nic dziwnego, rozmawiałem z mistrzynią Polski z Gołotczyzny z 2023 r. Tutaj trzeba podkreślić, że w zawodach mölkkowych nie ma podziału na mężczyzn i kobiet, wszyscy grają razem. Dlatego należy się wielki szacunek dla tej pani, za zdobycie tego tytułu! Można też dodać, że drugim na podium wtedy był jej syn.

Stało się

Następny mecz to gra z drużyną o ekstrawaganckiej nazwie „Oziębłe Cholewy” (Joanna Zięba, Kamila Cholewa) z Bielska-Białej. I tutaj już łatwo zobaczyć, skąd się biorą niektóre tak oryginalne nazwy zespołów. Jest jeden warunek, nazwa nie może być obraźliwa ani wulgarna. Z Joanną Ziębą, byłą zawodniczką mojego klubu, wystąpiłem w 2024 w nieoficjalnych mistrzostwach Polski mikstów w Bojanowie, w których to zawodach zajęliśmy 4. miejsce. Graliśmy wtedy pod nazwą „Królewskie Zięby”, no i ta nazwa przyniosła nam szczęście. Mieliśmy inne propozycje jak „Król i Królowa”, ale wybraliśmy „Królewskie”. W Czechach jest zawodnik Jakub Šebek, zresztą mój dobry kolega, który zawsze gra pod nazwą „My to vypijem”. Można i tak. Natomiast Kamila Cholewa prawie zawsze przyjeżdżała na Ligę Beskidzką i raz na tej lidze mnie ograła. Po prostu była w tym dniu lepsza ode mnie. Koniec, kropka.

Ale wracamy do meczu. Dziewczyny są niezwykle ambitne i traktują te rozgrywki poważnie. Są dobre, albo dobrze grać chcą. Rozpoczynają jako pierwsze. My jesteśmy za nimi ciągle o jeden rzut i nie możemy się do nich przybliżyć, a one grają ciągle dwunastką, którą mają do skończenia meczu. Gdy wynik brzmiał 38:31 dla nich, „12” była już na linii dziesiątego metra wokół innych kręgli. Przed rzutem stała już Joanna Zięba. Odległość maksymalna, nie jednego by przeraziła. Rzuciła. Zbijak leciał po ziemi, dotykając podłoża raz lewym raz prawym końcem. No i stało się. Zbijak prościutko trafił w kręgiel. Nie jeden by powiedział: „Trafiło się jak ślepej kurze ziarnko”, ale nie, zawodniczka to zrobiła z klasą! Dlatego honorowo pogratulowaliśmy Joannie. W drugim secie zawodniczki, by wygrać 2:0 postawiły wszystko na jedną kartę, jednak trzy razy z rzędu nie trafiły w kręgle i set zakończył się wynikiem 50:0 dla nas. Wynik 50:0 nie jest czymś osobliwym. Nie ma chyba turnieju, by na protokołach nie pojawił się gdzieś taki wynik. Przy okazji tego seta można rozważyć inne wydaje się podobne zjawisko, a mianowicie: czy zawodnik mógłby w meczu zastosować specjalnie nietrafienie w kręgiel (w żargonie nazywanym „bombą”)? Oczywiście, że tak! Jest to element strategii jak każdy inny i nie ma tu nic złego. W mojej karierze miałem dwa takie przypadki. Raz, gdy to ja zastosowałem, w drugim przypadku to rywal zastosował względem mnie.

W tym sporcie nie wolno zlekceważyć nawet jednego rzutu.

Przedostatni mecz to walka z zawodnikami z naszego klubu „Zbijaki” (Mirosław Dymkowski i Rafał Wesołowski). Należy tu dodać, że Rafał Wesołowski to mistrz Polski z Suszu z 2022 roku. W pierwszym zdaniu padło słowo „walka”, ale tu nie było żadnej walki, żadnej historii, oni nas pojechali jak nowo przyjętych. Wynik 2:0 (25,43). Wyjdą z pierwszego miejsca z grupy, co skutkuje lepszą drabinką i jak się później okaże zajmą w tych mistrzostwach wysokie 4. miejsce. Za osiem miesięcy na otwartych mistrzostwach Polski w Żywcu w grupie z siedmioma drużynami, też ich mieliśmy. Wtedy w grupie zajęliśmy pierwsze miejsce, tracąc tylko dwa sety, tego jednego to oni nam wyrwali.

Tutaj przy okazji podzielę się jednym spostrzeżeniem. Wiele lat temu, grając w tenisa stołowego trenowałem ciągle z tym samym zawodnikiem, moim kolegą, zresztą bardzo dobrym. Za jakiś czas on mnie prześcignął, był ode mnie młodszy. Na zawodach mógł się nawet rzucić na byłych zawodników z I ligi zawodowej, i z nimi wygrywał. Dla mnie to była już bariera nie do przeskoczenia. Jednak na treningach podczas wspólnych meczów do ostatnich dni był między nami remis…

Ostatni, siódmy mecz w grupie gramy z parą „Załysieni Szczecin” (Bartłomiej Henkelman, Marcin Nasiłowski). To solidni i doświadczeni zawodnicy, trenujący w miarę regularnie i grający w Lidze Szczecińskiej. Bartłomiej Henkelman wygrał w 2024 roku Grand Prix Polski właśnie w Puszczykowie (pokonując mnie wtedy w ćwierćfinale). Mecz był krótki. Każda z drużyn wygrała pewnie set po swoim rozbiciu. Po meczu Bartłomiej mi powie: „Nie myśleliśmy, że wam urwiemy seta” …

Gra była dobra, tylko wynik się nie zgadzał

Po rozgrywkach grupowych zajęliśmy 4. miejsce w grupie (wygrywając tylko sześć setów) i wychodzimy do play-offów. W ostatnim meczu naszej grupy młodzi chłopcy z Poznania sprawili wielką niespodziankę, pokonali panie z Puszczykowa. Gdyby było na odwrót bylibyśmy na piątym miejscu, ale też awansowalibyśmy do przodu, uratował nas ten set z Folkowiskiem. W fazie grupowej, niestety, ale popełniłem dwa błędy i raz nie trafiłem przy rozbiciu, na szczęście Marek trzymał fason. W rozmowie z kolegą z drużyny doszliśmy jednak do tego samego wniosku, który w skrócie można określić tak, że w rozgrywkach grupowych zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy, graliśmy dobrze tylko wynik się nie zgadzał. Teraz będzie czekała na nas o wiele bardziej trudniejsza drabinka, niż jak byśmy wyszli z pierwszego miejsca. No to … idziemy na obiad.

Obiad jest już w cenie wpisowego na hali, dają z reguły zupę. I tak było w tym dniu. Jak ktoś chciał, to mógł sobie dokupić drugie danie za swoją gotówkę. Zdarzało się, że na zawodach dawali jeszcze drugie danie, co bywało niezwykle rzadko, to i tak bym połowę nie zjadł, bo nie będę grał później z pełnym brzuchem.

Mecze play-off (pucharowe)

Przerwa obiadowa trwa od 45 minut do godziny. Nieraz się zdarza, że organizatorzy wołają jak człowiek jeszcze je. Nie wszyscy zawodnicy kończą gry w tym samym czasie, stąd mogą być opóźnienia.

No to zaczynamy rozgrywki pucharowe. Przegrywający odpada (grając później, ale tylko od tyłu o dalsze miejsca). Zabawa zaczyna się od nowa. Skoro w grupie zajęliśmy jedno z ostatnich miejsc premiujących wyjście do play-off, to w pierwszym pucharowym meczu spodziewamy się zawodników z czuba. Byli nimi Kamil Sajkowski i Marcin Henkelman z zespołu Zakręgleni Szczecin, którzy w tym turnieju według rankingu indywidualnego byli rozstawieni z numerem jeden do losowania. Sajkowski to aktualny mistrz Polski (po pokonaniu mnie w finale w Żywcu – ten mecz można zobaczyć na YouTube tutaj), a Henkelman – srebrny medalista ME w Pucharze Narodów oraz jak się później okaże zwycięzca całego cyklu Grand Prix Polski w Mölkky w tym roku, plus to, że obaj panowie są aktualnymi wicemistrzami Polski w deblu. W swojej grupie zajęli drugie miejsce za niemieckim zespołem Rosengarden Rats.

Czy przed takim meczem czuje się strach, obawę? Nie. Inne meczowe nastawienie? Nie. To może zagrać na luzie? Też nie. Na luzie to można łatwo przerżnąć mecz. No to co? Grać swoje, grać tym, co się potrafi. Po prostu tym, co się człowiek na treningu wyuczył, tym się obroni. Koniec, kropka.

Podczas turniejów w hali stosuje się często bandy.

Najłatwiejszy mecz i … krzesełko

Losowanie wygrali szczecinianie (od 1 stycznia 2026 r. nazwy mieszkańców miast będziemy pisać wielką literą, a nie małą, jak dotychczas). I tu na początku od razu zaskoczenie, Henkelman nie trafił dwa razy na dystansach, wcale nie takich wymagających. Pod koniec seta Kamil Sajkowski siedział na swoim drewnianym krzesełku ze smutną miną nic nie mówiąc. Zapewne już się domyślał jak się ten mecz zakończy. Bardzo ciekawe było to krzesełko, normalnie takie same, jakie produkuje firma Kubi sport, tylko siedzisko było z czerwonego materiału z ich ładnym logo „Zakręgleni”. Zawsze się zapomniałem ich spytać jak oni to zrobili. Pierwszy set zakończył się 50:30 dla nas! A drugi set przy naszym rozbiciu wygrywamy 50:42. Przy podpisywaniu protokołu Marcin Henkeleman zapyta Marka słowami półżartem, półserio, ale tego serio było tam znacznie więcej: „Czy nie mogliście w grupie zagrać lepiej?”. Marek się uśmiechnął, ale nie wiem, co mu wtedy odpowiedział. Jak się później okaże był to nasz najłatwiejszy mecz na tych mistrzostwach.

Kilkanaście minut przerwy. Czekamy na zwycięzcę meczu Molkky Mix PL/CZ – Kuśnierki Team, który jest rozgrywany na środkowym boisku zaraz przy widowni. Za chwilę Marek mi mówi: „Patrz, tam jest remis”. Para z drużyny Molkky Mix to absolutni faworyci, przynajmniej tego meczu. Jak miałbym wskazać kogoś na półfinał mistrzostw Polski, to wskazałbym od razu na parę polsko-czeską. Grali tam Hubert Pyzikiewicz, były kadrowicz, zwycięzca całego cyklu Grand Prix Polski w Mölkky w roku 2022 i aktualny brązowy medalista w deblu. W parze z nim grał Radek Louda z Czech, czterokrotny zwycięzcą z rzędu w halowych mistrzostwach Czech drużyn trzyosobowych oraz klubowy zwycięzca mistrzostw Europy – no więcej już nie idzie zrobić w tym sporcie (prócz mistrzostw świata). Pomimo że para polsko-czeska rozpoczęła decydującego seta, to przegrali ten mecz z wydawałoby się słabszą drużyną 1:2. Była to największa niespodzianka tych zawodów. Czyli jak widać, w tej fazie rozgrywek nie ma już słabych drużyn…

W hali częściej, niż na odkrytych obiektach stosuje się zbicia na największych odległościach. Pamiątkowe zdjęcie mojego ostatniego zbicia na odległość ponad 8 metrów dające mi dzień wcześniej brązowy medal w grach indywidualnych.

Przeciwnicy nie do ruszenia?

 No i drugi mecz gramy właśnie z drużyną Kuśnierki – małżeństwem Katarzyną i Adamem Kuśnierkiewiczami z Wilczej Góry. Pierwszy raz się z nimi zetknąłem podczas deblowych mistrzostw Polski w Żywcu w 2024 roku. Występowali już w halowych mistrzostwach Polski w 2023 roku w zespole Dwunastka Warszawa. Natomiast Adam Kuśnierkiewicz za cztery miesiące pokona w 1/8 Grand Prix Świętochłowic Jana Sękowskiego, zatrzymując jego marsz w górę rankingu, czym w dużej mierze ułatwi mi zdobycie nominacji do kadry Polski na mistrzostwa świata w Gołotczyźnie. Wniosek: przeciwnicy grać umieją, są silni.

Losowanie wygrały Kuśnierki i zaczynają pierwszego seta. Set wygląda tak: każdy bierze swoje, nie ma błędów, czy to na krótszych odległościach, czy na dystansach, cios za cios. Kuśnierki wygrywają seta 50:37. Konsternacja. Czyżby dzisiaj byli nie do ruszenia. Inaczej było w drugim secie, dużo błędów przeciwników i wygrywamy … 50:15, zapewniając sobie rozbicie w decydującym secie. W drugim secie jesteśmy już rozpędzeni i gramy tak jak powinniśmy grać, pewnie i skutecznie w każdym zagraniu. Decydujący set również wygrywamy wysoko w stosunku 50:20. Jesteśmy w ćwierćfinale!

Czekamy na następny zespół. Ja nigdy nie wiem, z kim mam grać następne mecze w fazie pucharowej, czy to w Grand Prix-ach, czy na wielkich imprezach, ponieważ jestem jedynym człowiekiem w światku mölkowym, który nie posiada Internetu w telefonie komórkowym. Jednak mi to wcale nie przeszkadza i nigdy nie przeszkadzało. Jak się okazało naszymi przeciwnikami będą Jan Sękowski (zawodnik i prezes w jednej osobie) oraz Makary Piwiński z Dwunastki JM. Jako jedyni wygrali wszystkie mecze w grupie. Obydwaj to zawodnicy najwyższej próby, kilkakrotni zwycięzcy Grand Prix-ów Polski. I obydwaj traktują mecze bardzo poważnie, nieraz za poważnie. Za pół roku dobiorą sobie do składu zawodnika o nazwisku Sebastian Bisaga i na klubowych mistrzostwach Europy w Trumau k. Wiednia zdobędą srebrny medal. Czy kiedykolwiek z ktoś z Polaków zdobędzie coś cenniejszego? Hm … zapewne, tak. Ale dzisiaj jest 18 lutego 2025 roku, a my nie mamy zamiaru położyć się na dywanie.

Szczęście – nieszczęście 

Losowanie wygrywamy i zaczynamy mecz ćwierćfinałowy. Czyli już z początku mamy przewagę. Tę przewagę ciągle powiększamy. Zostały nam dwa rzuty do końca, a przeciwnicy ewidentnie grają, by nas spuścić na 25. Niestety udaje się im to (ostatni nasz rzut był na ostatni metr do kręgla, który był pilnowany). Jednak, jak się w secie blokuje przeciwnikowi kręgle, to siłą rzeczy trudno jest przygotować dobrze swój licznik na zwycięstwo. Teraz to my ich blokujemy. Z wielkim trudem doprowadzamy do tego, że w środkowej części boiska po lewej stronie pod piątym metrem rywale mają jedyne kończące trzy oczka do zbicia, ale w trzech luźno stojących obok siebie kręgli. Wiadomo, żeby zbić te trzy kręgle za jednym razem, trzeba też więcej siły dołożyć do rzutu. Rzut wykonywał Makary Piwiński, rzucił zbijakiem mocno, zresztą on zawsze mocno uderza. Rozbił w pył te kręgle. Natomiast kręgiel, który był po prawej stronie tej trójki zaczyna się turlać (wcale nie szybko), po niewielkim łuku i przez aż 3 metry doturlał się do luźno stojącego kręgla przy bandzie, gdzie go dotknął i … przewrócił! Ale szczęście po naszej stronie, a nieszczęście po stronie przeciwników. Teraz to oni spadają do 25 punktów. Ale historia tego seta wcale się nie kończy, ona trwa.

Znów jesteśmy blokowani. Gramy dalej, jesteśmy coraz bardziej rozdrobnieni. Za chwilę wynik jest 49:37 dla nas. Czyli musimy zbić kręgiel z numerem „1”. A sytuacja na polu gry jest taka: „Jedynka” jest na szóstym metrze przy prawej bandzie, a wokół niej pełno innych kręgli, czy to powyżej, czy poniżej, ale do bandy nie przykleił się żaden inny kręgiel. Jedyne wyjście jest takie: rzucić zbijakiem tak, by on po przewróceniu jedynki tak uderzył w bandę, by po niej, jak po rynnie poleciał pionowo na dalszy metr, ale wtedy trzeba liczyć już na szczęście. Takie sytuacje tu często się zdarzały na bandzie. Jeżeli zbijak odbije się od bandy, zapewne trąci inne kręgle albo sama jedynka już przewrócona uderzy w inne kręgle, no i to by była tragedia. Według rozpiski rzut przypadł mi. Czy ja miałem jakieś wątpliwości, że rzut mi się nie uda? Żadnych. Rzuciłem, a rzut wyglądał tak: „Jedynka” została lekko trącona i się przewróciła, a zbijak odbił się od podłoża i przeleciał nad bandą na inne boisko robiąc tam „zamieszanie”… mistrzostwo świata! Później Marek mi napisze: „Będę długo pamiętał tą 1 spod bandy na wygranie seta, czysta maestria”. Jak widać, zbijak sam napisał swoją historię. Gdyby mi do głowy przyszedł ten wariant, mógłbym kombinować, co mogłoby skutkować katastrofą.

Zdjęcie zrobione po turnieju pierwszego dnia, zaraz po zdobyciu brązu w grze pojedynczej. Dla mnie to już było coś! Nie myślałem jeszcze, co będzie jutro.

Tyle emocji, a to dopiero jeden wygrany set. I jak tu nie grać jeszcze lepiej w drugim secie, po takiej wygranej, jak w pierwszym? A co przeżywają przeciwnicy, którzy po takiej porażce mają jeszcze 13 punktów straty? Nie ma ludzi bez układu nerwowego… Jednak w drugim secie rozbijają przeciwnicy. A my dalej gramy dobrze, a raczej bardzo dobrze. Przegoniliśmy ich w punktacji. Przeciwnicy przekombinowali, Sękowski otworzył nam drogę do zwycięstwa. Jest 42:36 dla nas, a na placu sytuacja jest następująca: Na czwartym metrze stoi „ósemka” na samym środku boiska, a za nią chmara innych kręgli. Odległość jest taka, że jeżeli kręgiel z numerem „8” by się przewrócił do przodu, mógłby trącić inny kręgiel. Już wcześniej uzgodniliśmy, że gramy offen do przodu. Tak i tu z decyzją nie było kłopotu, tym bardziej że teraz rzucał Marek Rogalski, który delikatnymi rzutami nachwytem w tym dniu popisał się już kilka razy. Ma to opanowane. Ja odszedłem w tył na pięć metrów pod mur hali, by mu nie przeszkadzać, nie chciałem „na to patrzeć”. Oczywiście, że parzyłem, ponieważ zawodnik, który rzeczywiście by na tego typu rzuty nie patrzył, to siebie okrada z doświadczenia, a to do niczego nie prowadzi. Jedyne, co mi przyszło wtedy do głowy, to słowa z piosenki Łucji Prus „Nic dwa razy się nie zdarza”. No i trochę wtedy w to nie wierzyłem. A jak było? Marek podszedł pod linię i wyprostował prawą rękę, w której trzymał zbijak nachwytem. Wyglądało to tak, jakby chciał powiedzieć: „Dobra załóżcie mi kajdanki, idę do ciupy”. Kilka razy poruszył ręką i wypuścił zbijak leciutko do przodu, a ten zbijak raczej spadał z góry na dół, dotknął nawierzchni ok. 20 cm przed kręglem i powolutku doturlał się i przewrócił „8” na bok. Nie chciało się wierzyć, jesteśmy w półfinale!

Mecze o medal

Półfinał na fioletowo

Powoli zapada wieczór, ciemno za szybami hali. Większa część zawodników już dawno pojechała do domu. A my dalej gramy, ale z kim teraz? Już wcześniej zauważyłem kątem oka, że na nasz mecz ćwierćfinałowy ciągle się patrzyli z trybun Łukasz Jezierski i Arkadiusz Piróg z KF Format Sztum. No i właśnie będziemy grać z fioletowymi, bo tak o nich się mówi, ponieważ zawsze ubrani są od stóp do głów na fioletowo łącznie z czapeczkami, nawet buty „Nike” mają w kolorze fioletowym. To są prawdziwi fani kręgli fińskich, weterani tej dyscypliny, a Arkadiusz Piróg przejdzie do historii gry w Mölkky jako jeden z pierwszych Polaków uczestniczących w mistrzostwach świata w barwach Polski. A jaka jest ich siła rażenia? Wystarczy przytoczyć tylko jeden przykład. W listopadzie 2024 roku pojechali obaj na Halowe Mistrzostwa Austrii do Gössendorfu i tam … zwyciężyli! Austriacy to szpica w tej dyscyplinie, na tegorocznych mistrzostwach świata zdobyli brązowy medal w Pucharze Narodów.

Losowanie, kto pierwszy zaczyna wygrywają przeciwnicy. W połowie seta na dystansie nie trafia Piróg. W tym meczu zdecydowanie lepszy jest Jezierski. Wygrywamy nie swojego seta 50:41! W drugim secie przy naszym rozbiciu powiększamy punktowo coraz większą przewagę nad zawodnikami ze Sztumu. Do końca mamy „szóstkę” nie pilnowaną na dziesiątym metrze (troszku po ukosie na lewej stronie). Obok „szóstki” też na dziesiątym metrze stoi inny kręgiel. Odległość między nimi to prawie 30 centymetrów. Nie ma zagrożenia. Rzuca Marek i trafia idealnie w środek kręgla … ale tego drugiego. Przewrócony kręgiel miał wartość wyższą niż sześć, dlatego spadamy do 25 punktów. Obaj to zdarzenie traktujemy w kategoriach humorystycznych. Jedynie co zdołaliśmy w tym secie uratować to przegrać go do 42. Tym jednym małym punktem zabezpieczyliśmy sobie rozbicie w decydującym trzecim secie.

Przy naszym boisku zgromadziło się może z 20 ludzi obserwujących tę potyczkę, wszystkie inne mecze już dawno zakończone, te od tyłu też. W tym miejscu należy się jedno wyjaśnienie. Ilu ludzi jest na takich zawodach, jak mistrzostwa Polski, czy Grand Prix Polski w Mölkky? Na tego typu zawody przyjeżdża do stu zawodników, niekiedy ciut mniej. Jeżeli do tego dodamy kilka ich rodzin, organizatorów wraz z władzami miasta oraz kilkunastu miejscowych zainteresowanych tą dyscypliną sportu, to na tego typu zawodach jest około 120 osób, przynajmniej na początku. Czy to mało, czy dużo? Trudno powiedzieć, w jakimś stopniu ta dyscyplina się na pewno w Polsce rozwija, a jak będzie w przyszłości, to czas pokaże. Ale teraz nie czas na głębszą socjologię, bo właśnie zaczyna się trzeci set meczu półfinałowego mistrzostw Polski w grach podwójnych.

W trzecim secie rozbijam za 12 punktów. Już przed zawodami uzgodniliśmy, że wszystkie rozbicia, obojętnie co by się działo, rozbijam ja. Generalnie to się sprawdzało na 95%, to po co tu robić jakieś zmiany. Cały trzeci set jest niezwykle zażarty, a przeciwnicy utrudniają nam go, i w sposób sportowy, i pozasportowy. Dochodzi do wyniku 40:29 dla nas. Sytuacja na polu gry jest taka: brakująca nam „dziesiątka” stoi dokładnie na 10,20 metrze po prawej stronie boiska. Jest wokół niej kilka kręgli, ale one nie zagrażają. Kolej rzutu wypada na mnie. Wystarczy jeden trafiony rzut by być w finale mistrzostw Polski. Nie rozmawiałem z Markiem długo, po prostu powiedziałem: „Biorę to”. Trafiłem! … jesteśmy w finale mistrzostw Polski! To był wtedy mój najdłuższy trafiony rzut na zawodach, i to w takim meczu. Nareszcie puściły emocje i mogłem zakończyć to długim okrzykiem. Z trybun ktoś krzyknął: „Brawo, Boguś!”, a ktoś inny: „A co Marek!”. I tu taki śmiech na sali, ale mój kolega z drużyny zna się na żartach i skwitował to tylko takim niewielkim uśmieszkiem. W czasie uścisku dłoni z przeciwnikami po meczu spotkała mnie miła niespodzianka. Łukasz Jezierski życzył mi powodzenia w finale, niewiele osób było by wtedy stać na takie słowa…

Medale zostają w Chorzowie

Finał gramy z parą Krzysztof Mocha (Chorzów) i Krzysztof Stachowiak (Bojanowo) z drużyny DST Brothers. Obaj panowie to doświadczeni zawodnicy – wielokrotni medaliści mistrzostw Polski i Grand Prix-ów, byli kadrowicze. Mocha jest mistrzem Polski w grze podwójnej z Suszu z 2022 roku, który to tytuł wywalczył wspólnie z Henrykiem Stokłosą. Obaj zajęli 4. miejsce podczas ostatnich otwartych mistrzostw Polski w Żywcu.

Finał gry podwójnej. Rzuca Krzysztof Stachowiak.

Finał był rozgrywany do trzech wygranych setów. Zaczynali przeciwnicy. W wersji od tyłu wyglądało to tak: przegraliśmy ten mecz 1:3. Pogratulowaliśmy przeciwnikom za wspaniałą grę. Pogratulowałem Krzysztofowi w słowach: „Medale zostają w rodzinie”, mając na uwadze to, że pierwsze sparingi w tym sporcie odbyłem właśnie z nim na „Skałce” w Świętochłowicach. Później Krzysztof dopowie: „Tak, medale zostają w Chorzowie”.

Na naszą porażkę wpłynęły przede wszystkim trzy rzeczy. Zaraz na początku meczu nie trafiłem w kręgiel na piątym bądź szóstym metrze. Tragedia! Było to moje pierwsze nietrafienie w fazie pucharowej. Błąd polegał na tym, że za długo się koncentrowałem nad tym rzutem. Tutaj trzeba było, przyjść i rzucić, i tyle. Na pewno to wpłynęło psychicznie jakoś na nasz zespół. Na ile, trudno powiedzieć? Każdy to przeżywa w inny sposób, ale to dotyczy każdego, czy to mistrza świata, mistrza Polski, czy zwykłego amatora kochającego tę dyscyplinę sportu. Tu nie ma wyjątków. Drugi błąd przytrafił się w następnym secie Markowi, ale w środkowej części boiska. Było jeszcze jedno ciekawe zdarzenie, pod koniec jednego seta mieliśmy na jego zakończenie bodaj „dziesiątkę” na ostatnim dziesiątym metrze. Uzgodniliśmy, że weźmiemy dwie „piątki”. Tylko że tę drugą piątkę przeciwnicy, nie tylko, że ją daleko wybili, to jeszcze zblokowali z innym kręglem, ten set przegraliśmy. Po meczu sędzia Radek Louda z Czech powie mi: „Mieliście brać tę dziesiątkę”. On to doskonale wiedział, że tak się postępuje. Dodatkowo ja miałem wrażenie, że po półfinale z nas opadły emocje, wigor. My nie potrafiliśmy się już w tym meczu zebrać. Mimo że wyszarpaliśmy trzeciego seta przy rozbiciu DST, nie udało się już odwrócić losów tego spotkania.

No, a teraz trzeba oddać co cesarskie przeciwnikom. Krzysztof Mocha, to solidna firma. Nie jeden zawodnik się o tym przekonał. Tutaj nie zawiódł. Natomiast kluczem do zwycięstwa u przeciwników była postawa Krzysztofa Stachowiaka. Jakie on dystanse wyciągał, do tego perfekcyjnie wybijał. Na ostatnich mistrzostwach Polski w grze podwójnej w Żywcu w 2024 r. przy prowadzeniu w setach 2:1, Stachowiak miał rzut na brązowy medal. Nie trafił w kręgiel na … czwartym metrze (przerzucił). Ten mecz przegrali 2:3. Ale dzisiaj się w pełni zrehabilitował, i to z nawiązką…

Generalizując, w tych mistrzostwach zagraliśmy wszystkie mecze i doszliśmy na sam szczyt, zdobywając srebrny medal mistrzostw Polski. Warunki były idealne, tu nie było powiewów wiatrów, nie padał deszcz. Wszyscy mieli te same warunki. Było wiele drużyn, które korzystały ze „szczurów”, czyli dalekich rzutów po nawierzchni. Jeżeli na drodze do docelowego kręgla nie stoi inny kręgiel, to wystarczy utrzymać kierunek i rzucić zbijakiem po dywanie z dużą pewnością zbicia. My rzucaliśmy klasycznie, ale i tu potrafiliśmy się przeciwstawić. W meczach pucharowych nie wygrywaliśmy 50:49, czy 50:48, ale znacznie, znacznie wyżej, średnio o prawie 20 oczek wyżej. To był czas naszej extra gry. Za osiem miesięcy znów spotkamy się z drużyną DST Brothers, ale tym razem w ćwierćfinale otwartych mistrzostw Polski w Żywcu. Wtedy ich pokonamy po dramatycznej walce 3:2…

Medaliści gry podwójnej halowych mistrzostw Polski w mölkky w 2025 r.

Kilka ciekawostek na koniec

Generator liczb pseudolosowych

Na kilka dni przed każdymi zawodami, czy to mistrzostwami Polski, czy zawodami Grand Prix organizatorzy w Internecie przeprowadzają „wizualne” losowane zawodników. Tak, że zawodnik, który wyjeżdża na zawody, wie z kim będzie grał w grupie i jakie są pozostałe grupy. Przy losowaniu organizatorzy korzystają z popularnego internetowego koła fortuny. Takie koło działa na zasadzie generatora liczb pseudolosowych, który wypuszcza poszczególne liczby, w tym przypadku nazwiska. Każde wypuszczone nazwisko jest niezależne od poprzedniego, ale mimo to człowiek może odgadnąć, według jakiego algorytmu działa generator. Dlatego np. przy losowaniu grup na mistrzostwach świata w piłce nożnej stosuje się plastikowe kulki, w których są karteczki z nazwami państw. Kulki znajdują się w szklanych koszyczkach, a wybierający są piłkarzami. W lotto (dawnym toto-lotku) stosuje się przeźroczysty bęben, w którym pod wpływem strumienia powietrza mieszają się w nim kulki z numerami. Obydwie metody losowania są czysto losowymi układami fizycznymi i nawet jakbyśmy codziennie spisywali wygrane numery, nie pomoże nam to w zostaniu milionerem. Dzisiaj już organizatorzy mölkkowi przekonali się do plastikowych kuleczek…

Podziękowań nigdy za dużo, dlatego ja jeszcze raz mogę z tego miejsca podziękować mojemu koledze Markowi Rogalskiemu za wspaniałą wspólną grę. Jest to dobrze wyszkolony zawodnik, czy to na dystansach, czy na krótszych odległościach. Lecz posiada on jedną ciekawą cechę. Podam to na przykładzie z turnieju. Jest wynik 38:35. Ja mam do skończenia dwanaście oczek. Trafiam w kręgiel z numerem „12”, ale zbijak przy okazji przewraca jeszcze jeden kręgiel. Innego zawodnika, to by już szlag trafił, ale Marek, po zlustrowaniu pola gry i przeliczeniu punktów w głowie mówi ze stoickim spokojem: No to teraz mamy do skończenia „7” i „3”. To mi zawsze imponowało…

Nieodebrana nominacja

Przed HMP miałem podjąć decyzję odnośnie do wyjazdu na Halowe Mistrzostwa Europy do Pragi, nie zdecydowałem się, ponieważ byłem w szpitalu. Gdy się wszystko wyklarowało, było już za późno. Po HMP w Puszczykowie, wspólne z Izabelą Romik i Przemysławem Lesiem, zapisaliśmy się na wyjazd. Spróbowaliśmy. Może się uda. Byliśmy piąci w kolejce rezerwowej, może ktoś zrezygnuje. Okazało się, że tylko jedna drużyna zrezygnowała z mistrzostw. Organizator po kolei dzwonił do każdej z czterech drużyn przed nami (byli to sami Czesi), ale każda z nich już nie chciała jechać. No i w taki sposób organizator zapisał nas na HME. Były to dla nas bardzo udane zawody, kilka meczów wygraliśmy z silnymi drużynami. Jednak w kadrze tam już nie wystąpiłem, ponieważ nominacje zostały rozdane na HMP. Później mi tego występu bardzo brakowało…

Przez cały czas mistrzostw, przez całe te dwa dni, ale i w poprzednich, jak i następnych wielkich zawodach rywalizowałem z najlepszymi zawodnikami w Polsce, właściwie walczyłem z największymi klubami kręgli fińskich w Polsce, takimi jak: Zagryfka Tczew, Puszczykowo, Bojanowo, Zakręgleni Szczecin, Dwunastka Warszawa, czy chociażby Format Sztum. Stroniłem od zgiełku, obojętnie czy byłby on dla mnie in plus, czy in minus. Natomiast z drugiej strony, inni w meczach nieraz posiadali słuchawki na uszach (każda metoda jest dobra, jeżeli to pomaga), to znowu ja wolałem wtedy słyszeć to co się dzieje w meczu, czy na widowni. No i powoli kończąc. W tej wielkiej rzeszy zawodników kręgli fińskich, ja nigdy nie miałem wątpliwości co do swojej gry (pojedynczej), że walczę zawsze sam…

Oryginalne statuetki z Puszczykowa.

Z otwartych halowych mistrzostw Polski wyjechałem z dwoma medalami, ze srebrnym w grze podwójnej i brązowym w grze pojedynczej. Nie jest łatwo w mistrzostwach Polski zdobyć dwa medale, ponieważ dyscyplina (gra), jaką są kręgle fińskie jest obarczona w jakiejś mierze czynnikiem przypadkowości. Mimo tego (za moich czasów) sztuki tej dokonali kolejno: Krzysztof Mocha, Miron Skołuda i Kamil Sajkowski – Herosi gry w Mölkky. Po tej „halówce” awansowałem z ósmego miejsca na drugie w polskim rankingu mölkky prowadzonym przez Polską Federację Mölkky i już na stałe zagościłem w czubie rankingu. To co teraz było rzeczywistością, kiedyś wydawało mi się czymś nieosiągalnym, bo ta pierwsza dziesiątka dla mnie była niebotyczna, niedotykalna. Natomiast w rankingu Road to Masters 2025 – TOP-16 rozpocząłem tym turniejem z pozycji nr 1 z 201 pkt i zakończyłem go pod koniec roku również z numerem 1 z 704 punktami. To już rzeczywiście był top!…

Koszulka KING BOGUŚ   

W tych mistrzostwach wystartowałem pierwszy raz w mojej spersonalizowanej koszulce klubowej z firmy Keeza, oczywiście z napisem KING BOGUŚ. Przy okazji trzeba dodać, że firma Keeza szyje koszulki na najlepszych komponentach. Wtedy rzeczywiście wszystko było zapięte na ostatni guzik, w tych zawodach wszystko zagrało. Koszulka została osobiście przeze mnie zaprojektowana ze zwymiarowanymi wszystkimi emblematami. Pani z firmy Keeza, która przyjęła projekt powiedziała: „Jestem pełna podziwu, bardzo rzadko się zdarza, by ktoś tak to wszystko czytelnie rozrysował”. Tam wszystko było na swoim miejscu, nawet firmowa „nieusuwalna” literka „e” miała swoje miejsce, ale na froncie, gdzie trafiły i inne emblematy. A w zamian tego na lewy rękaw trafiła flaga Polski w oryginalnych wymiarach, a na prawy herb Chorzowa, ponieważ mieszkam w Chorzowie i tu się urodziłem…

Ostatnie chwile w szczęśliwej hali w Puszczykowie.

                                                                                                                                       Bogusław Król
Chorzów, 10 listopada 2025 r.